„Topielcem”… bynajmniej nie na dno

29.07.2015

Myślałam, że moim zamiarem i celem było samodzielne przepłynięcie rzeki (najbardziej krętej w okolicy). Nagrodą miała być satysfakcja z tego, że mi się udało. Nie taką nagrodę miałam jednak otrzymać. To, czego się nauczyłam nie miało nic wspólnego z tym, co sobie wyobrażałam. Kiedy zaczęłam to rozumieć, poczułam strach.

kajak

Wcale nie chodziło o opanowanie techniki manewrowania kajakiem ani o moje umiejętności czy ich brak. Czułam lęk, ale nie przestawałam płynąć. Z każdym kolejnym kilometrem miejsce strachu zaczęło zajmować przeświadczenie, że wiem, o co chodzi.  Płynęłam, a zakręty nie wymagały już takiego wysiłku jak na początku. Mogę nawet powiedzieć, że odczuwałam coraz większą przyjemność. Jednocześnie pojawiła się nieznana mi aż do tego stopnia przenikliwość, jakbym poznała odpowiedź, nie tylko jak „brać  zakręty” kajakiem, ale jak znaleźć w sobie odwagę widzieć rzeczy takimi jakie są i nadal odczuwać przyjemność, płynąć i żyć lekko. Najbardziej zaskakujące w tym momencie było pojawienie się poczucia siły, jakiejś bliżej nieokreślonej mocy. Jakbym nagle poznała sposób jak osiągać to, czego pragnę. I, że najważniejsze jest świadome kierowanie tą mocą. Bo jest tak wielką siłą, że równie dobrze może mnie wyprowadzić na manowce. Przepełniona moimi małymi olśnieniami, nagle dopłynęłam do jeziora. I pojawiło się pytanie:

– To już koniec?

No właśnie, o ironio, jak już człowieku załapiesz jak to działa, to wszystko powoli zmierza ku końcowi. Westchnęłam więc głęboko i znacząco, zebrałam siły i już bez większych uniesień, ale za to ze spokojem i zadowoleniem przepłynęłam ostatni kilometr.

Komentarze

comments

« wróć